Pola

Czasami tonę w morzu nienazwanych pojęć.
Nie wiem, czy każdy tak ma. Być może prócz mnie ma tak nikt. Być może jestem jedyną na Ziemi sobą, która strasznie chce wypowiedzieć wszystkie najładniejsze myśli świata. Być może jestem jedyną, która tego nie potrafi. Skoro bywają różne nostalgie, muszą być ich różne przyczyny.
Przez długi okres czasu uznawałam słowa za niezawodne. Pokrywałam wielkie nadzieje we wszystkich niewypowiedzianych zdaniach, a wokół mojej głowy krążyły całe stada niezachwianych wręcz pewności, że nawet jeśli ktoś czegoś nie powiedział, to przecież wkrótce ktoś inny to powie. Trochę się zawiodłam, bo ludzie z biegiem czasu stają się coraz mniej ekspresyjni. Może wstydzimy się trochę za bardzo. Ja wstydzę się trochę za bardzo.

Jestem nabrzmiała wszystkim tym, czego nie mogę wypowiedzieć.

Od kilku lat konsekwentnie pęcznieję, a większość moich emocji zalega pomiędzy organami jak nadmiar wody. Opatulona w warstwy wielorakich uczuć wyglądam jak puchata, napęczniała bańka. Staram się unikać ostrych krawędzi, ale wiem, że kiedyś jedna z nich w końcu mnie przebije. Strasznie się boję tego momentu, bo ostatnie miesiące podporządkowuję kolekcjonowaniu wszystkich wodnistych emocji. Martwię się, że kiedy pęknę, w środku mnie nie zostanie już nic.
Mam nieustanny pociąg do realizowania rzeczy pięknych, na które brak mi odwagi. Czasami próbuję zedrzeć z siebie chociaż jedną warstwę otaczających mnie przypadkowych zbieranin, ale zastygam w bezruchu uświadamiając sobie, że może po zwerbalizowaniu żadne zbieractwo nie jest piękne. Jest co najwyżej przypadkowe. Co się robi w przypadku przypadków. Przechodzi się nad nimi bez większego zastanowienia. A ja bym chciała, żeby to, co czuję, znaczyło cokolwiek.

Większość wieczorów spędzam siedząc na parapecie w moim pokoju. Całkiem podoba mi się nawiązywanie niemych relacji z sąsiadami z kamienic na przeciwko. Czasem zastanawia mnie, czy dogłębne studiowanie wnętrz sypialni, strychów i kuchni nie jest zbyt intymne. Nie rezygnuję. Możliwość zaglądania przez okna innych mieszkań trochę niweluje poczucie samotności.
Myślę trochę za dużo i czuję trochę za dużo. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby choć w pewnym stopniu siebie zwerbalizować. Problem w tym, że żadnej z moich emocji nie da się opisać jednym słowem. Tworzę własne słowa, zazwyczaj mało udolnie. A jednak uparcie trwam przy opisywaniu towarzyszących mi momentów. Jakie to dziwne.

Uczucie V – kiedy na dworze pada gęsty śnieg, pierwszy taki tej zimy, a całe miasto jest przyjemnie wytłumione; otwieram okno i naciągam kaptur na mokrą głowę, żeby móc trochę pooddychać mroźnym, słodkawym i ciężkim powietrzem; z czwartego piętra obserwuję dwie walki śnieżne toczące się między ludźmi pozornie dorosłymi; cieszę się jak szlag, że ludzie są dorośli tylko pozornie; chciałabym, żeby śnieg padał częściej, skoro sprzyja tak licznym eskalacjom spontanicznie rodzących się młodości

Uczucie W – kiedy wracam do domu o wpół do trzeciej i nie czuję strachu; moje buty są podeptane i przemoknięte, a ja sama zastanawiam się, czy nie wypiłam za dużo alkoholu; potrzeba mi dużo czasu, żeby się uspokoić, dlatego zanim zasnę puszczam jedną z moich nocnych playlist i udaję, że jestem tu albo gdzieś indziej; myślę o wszystkich rzeczach, które chciałabym zrobić i tworzę w głowie niekończące się listy wspomnień buszujących w ładniejszej części pamięci; wiem, że wszystkie z nich do rana zostaną zapomniane, ale wcale mi to nie przeszkadza; lubię chociaż przez chwilę wyobrażać sobie, że robię więcej niż robię

Uczucie X – kiedy latem wstaję o piątej, żeby zawieźć koleżankę na lotnisko; zaopatruję się w ciepły szlafrok, koc i skórzane klapki, a potem zjeżdżam windą na dół i witam się z zaspanym portierem; wychodzenie na dwór w piżamie jest niezmiennie ekscytujące, trochę tak, jakbym łamała sztywny regulamin; wychodzenie na dwór w piżamie i obserwowanie wschodów słońca jest młode, a ja przecież kocham być młoda; darzę wschodzącą piżamową młodość miłością z rodzaju najbardziej namiętnych

Uczucie Y – kiedy pani w sklepie śmieje się pod nosem słysząc mój mało śmieszny żart; kiedy ktoś przytrzymuje mi otwarte drzwi; kiedy w kinie parskam śmiechem w najmniej odpowiednim momencie, a osoba siedząca obok zerka na mnie z konsternacją; kiedy wyrywam się z przeświadczenia, że jest niedobrze i chujowo, a widzę, że jest dobrze i w porządku

Uczucie Z – kiedy zastanawiam się, czy w wieku dziewiętnastu lat czuje się tyle samo, co w wieku lat osiemnastu


A potem wiem już, że z każdym dniem czuje się więcej i bardziej




Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Pola

Znowu przyszło mi się czuć

Pola