Ben
Budzi mnie jakaś dziwna niepewność. Otwieram powoli oczy, sklejone po wielu godzinach twardego snu. Kiedy siadam na łóżku, trochę kręci mi się w głowie, więc staram się patrzeć na krzesło na przeciwko mnie – mija dobrych kilka minut, zanim mebel przestaje się ruszać. Odgarniam włosy z twarzy i ziewam potężnie, czując w ustach smak zgnilizny. Chryste, takim oddechem mógłbym zagazować kupę ludzi. Wciągam powietrze nosem, starając się nie rozchylać zbytnio ust, a potem wygrzebuję spod koca i poprawiam koszulkę, która w nocy podciągnęła mi się aż pod pachy. Pocieram mocno oczy i spoglądam na zegarek wiszący w kuchni. Wpół do dziesiątej. Ha. Lekcje zaczęły się półtorej godziny temu. Chyba dzisiaj już na nie nie dotrę. Wzruszam ramionami i z całej siły kopię w plecak, znajdujący się pod deską do prasowania, na której piętrzą się sterty brudnych ciuchów. Zamordowałaby mnie, gdyby to zobaczyła. Słowo daję. Omijam stół szerokim łukiem, starając się nie patrzeć ...