czwartek, 22 czerwca 2017

Pola

W ciągu dnia trzy razy odczuwam, że mam przed sobą bezkres.

Pierwszy bezkres pojawia się najczęściej w okolicach godziny szóstej rano, kiedy, wciąż przepięknie zaspana obmacuję materac w poszukiwaniu telefonu i przez przypadek strącam go na podłogę, licząc, że dzwonienie budzika ustanie. Nie ustaje. Nieskończoność dnia towarzyszy nam w bardzo prozaicznych czynnościach. Kompulsywnie szczotkuję zęby, chcąc uwolnić się od wstrętnego zapachu z ust i myślę, jak to możliwe móc się z kimś całować zaraz po obudzeniu. Konsekwentnie nie spoglądam w lustro, bo wiem, że moja opuchnięta twarz przypomina marsowe pole bitwy, ze wszystkimi wypryskami, odgnieceniami od poduszki i ogólnym nieszczęściem. Jem śniadanie, najczęściej półprzytomnie, bo kto wymyślił, że płatki z mlekiem mogą być smaczne o wpół do siódmej. Przeglądam wiadomości i nawet wieść o urodzeniu bliźniąt przez Beyoncé nie wprawia mnie w stan jakiejkolwiek euforii, bo wszystko jest takie brzydkie, tak nijakie, rozgotowane w przesolonej wodzie. Wychodzę z domu na tramwaj, albo na autobus, i ktoś mnie prawie potrąca i myślę sobie że Boże, ja się chyba dzisiaj zapierdolę, przecież wracam do domu dopiero za siedem/dziesięć/trzynaście godzin, a każda z nich będzie się równała dwóm lat na Saturnie.

Taki bezkres nazywa się Bezkresem Fatalnym.

Drugi bezkres dopada mnie w okolicach połowicznych, to znaczy w połowie zmiany w pracy, w połowie obiadu, w połowie papierosa, albo w połowie niczego. Nigdy nie potrafię określić, kiedy właściwie nadejdzie i zawsze zaskakuje mnie w najmniej odpowiednich momentach. Wówczas zastygam w sposób rzadko kiedy odwracalny, dzierżąc widelec makaronu spaghetti, którego nitka spada na blat stołu lub z niedopałkiem w ręku. Nie wiem, o czym wtedy myślę, ale w mojej głowie roi się od rzeczy całkowicie ważnych i całkowicie zbędnych. Trudno mi zdefiniować nawet pojęcie bezkresu, ale wiem, że gdzieś tam jest, może nawet obok mnie, bo słyszę jego głos, całkiem wyraźny, bo mówi mi, że nie zdążę, że muszę iść do bankomatu, że muszę napisać raport, że muszę przeczytać pół książki, a kiedy pytam się, dlaczego właściwie muszę, odpowiada, żebym się zamknęła. No to się zamykam, raczej skutecznie i permanentnie, na jakiś czas, który – jak wszystko w tym bezkresie – jest nieokreślony. Jak cokolwiek może być właściwie określone, skoro przede mną rozciągają się fioletowe pola pełne powinności i wyrzutów, które chcą zeżreć mnie od środka.

Jest to Bezkres Gargantuiczny.

Trzeci bezkres jest moim ulubionym. Trzeci bezkres jest dobry. Przychodzą późne wieczory, jesienne, wiosenne i letnie, podczas których siedzę na parapecie przy otwartym oknie i napotykam znajome zapachy pór roku, a każda z nich jest na swój sposób smutna i niesmutna zarazem. Przychodzą bezsenne noce, przychodzą długie rozmowy, których treści są tak absurdalne, że mają prawo bytu tylko po północy i żadna z nich nie nadaje się do powtórzenia. Przychodzą dekadenckie rozterki, wielce dekadenckie łamanie się na pół, rozkruszanie na milion kawałków i żmudne ich zamiatanie.
I wreszcie, przychodzi myśl, że moja młodość jest neonem, jest tysiącem neonów, jarzących się w nocnych podziemiach, rozciągniętym spektrum nienazwanych barw. Moja młodość jest zwielokrotnionym pojęciem nigdy nieprzeżytych miłości, nigdy niedoznanych smutków i nigdy niedoświadczonych radości. W całym tym zamieszaniu szukam miejsca dla „zawsze“, ale skoro jeszcze nie jest mi dane, myślę, że mogę trochę poczekać. Moja młodość jest zbitkiem przejaskrawionych momentów, fluorescencyjnych zdarzeń, wspomnień, których wolałabym nie zapomnieć i czarnych dziur, o których unicestwienie wciąż walczę. Moja młodość jest tym wszystkim, czego nie umiem nazwać, a co sprawia, że na moich ramionach pojawia się gęsia skórka, a ja sama nie potrafię usiedzieć w miejscu. Bo wiem, że mam przed sobą prawdziwy młodzieńczy ocean, prawdziwą młodzieńczą Saharę, prawdziwy młodzieńczy koniec świata.


Taki Bezkres jest Bezkresem Absolutnym.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Może w końcu ktoś inny niż ja

Większość wieczorów polega u mnie na odczuwaniu żalu, że sobie nie radzę.
Ja się tak zastanawiam, wiecie, jak to jest, że sobie nie radzę.
Albo może próbuję sobie poradzić, ale rezultat prób jest daleki od tego, który sobie kiedyś zaplanowałam. Planuję wszystko, co mogę. Ogólnikowo rzecz ujmując, mam zaplanowane życie na dziesięć lat do przodu. Kiedy znowu się wyprowadzę od wyprowadzki, ile miesięcy spędzę tu, ile miesięcy spędzę tam, kiedy postanowię obciąć włosy, kiedy kupię fotel, kiedy zrobię własne garden party, ile dzieci urodzę, ile papierosów wypalę.

Przyziemność.
A ja Wam tutaj od ponad roku usiłuję wmówić, że cechuje mnie spontaniczność i momentalny zachwyt. Bzdura.

Jak się rozpaczliwie usiłuje trzymać życie w garści, to jedno spóźnienie tramwaju wywołuje lawinę katastrof. Jestem taka rozpaczliwie trzymająca i wybiegam myślami do przodu, bo nawet opóźnienia komunikacji miejskiej są przeze mnie starannie wykalkulowane.
Trzy minuty.
Cztery.
Dzisiaj siedem, matko boska, no ale dobrze, nie denerwuj się, miałaś to przecież uwzględnione w rezerwuarze czasu.
Na etapie, na którym jestem, planowanie ogromnie pomaga. Daje mi poczucie zewnętrznej stabilizacji, bo ta wewnętrzna dawno postanowiła mnie opuścić.
Nigdy nic się nie toczy zgodnie z moimi planami.
Ale kiedy porażki następują jedna po sobie, po kolei, a nie wszystkie na raz, łatwiej mi je znieść. Planując, jestem przygotowana na to, że z wielkim prawdopodobieństwem dziewięćdziesiąt dziewięć procent starannie ustawianych przeze mnie wydarzeń rozproszy się zupełnie w przeciągu następnej doby. A i tak to robię.
Kiedy się ze mną rozmawia, potrafię zasypać zadziwiającą ilością szczegółów. Wchodzę do kuchni i zaczynam wyliczać, że trzeba zrobić pranie, trzeba to pranie powiesić, potem trzeba ugotować obiad, potem spakować się na zajęcia, bo jeśli zrobię to następnego dnia rano, spotka mnie katastrofa. Pranie trwa z reguły czterdzieści cztery minuty. Rozwieszanie może z siedem. Potem sobie zapalę, okej, kolejne pięć minut, ale przecież trzeba jeszcze ugotować makaron. Nawet siedzenie na komputerze cechuje się stałą kolejnością odwiedzanych stron. Nigdy w innym porządku. Czasami staram się robić to na odwrót, ale zawsze nawiedza mnie uczucie dziwnego dyskomfortu, któremu nie sposób sprostać.
Tkwię przywiązana do sekwencji, do hierarchiczności, w jakiś sposób łudząc się, że dają mi one poczucie bezpieczeństwa. Straszliwie mnie to męczy, może nawet metaforycznie zabija od środka. W środku mam bałagan. Boże, ja w środku mam kosmiczny rozpierdol, ale nie chciałam pisać tak brzydko, bo może czytają to jakieś dzieci, w co szczerze wątpię, ale pewnie powinnam wdrożyć pewien rodzaj cenzury.

Ile godzin będę spać.
Ile alkoholu wypiję.
Ile będę w stanie wytrzymać w butach na obcasach.
Ilu gości w restauracji obsłużę, zanim przestanę być miła z wyboru.
Ile będę ładować telefon.
Ile stron materiału przeczytam.

Wszystko wiem.

Gdzie ten cały zachwyt, gdzie ulotne celebrowanie momentów, gdzie zaburzenia wszystkiego, czym się otaczam.
Jedyna spontaniczność, której doświadczam, to włożenie dwóch różnych skarpetek, co zresztą świadczy o tym, że pewnie jestem piekielnie nudna. Wiele osób twierdzi, że jest inaczej, a ja mocno zastanawiam się, co takiego robię i mówię, że inni widzą we mnie więcej niż ja.

Rzadko kiedy znajduję odpowiedź, bo sama zapętlam się w ustawicznych i bezmiernych kalkulacjach.
Chciałabym potrafić inaczej.


Ale jak się ma nieporządek w sobie, trzeba mieć chociaż namiastkę porządku na zewnątrz.




czwartek, 12 stycznia 2017

Pola

Czasami tonę w morzu nienazwanych pojęć.
Nie wiem, czy każdy tak ma. Być może prócz mnie ma tak nikt. Być może jestem jedyną na Ziemi sobą, która strasznie chce wypowiedzieć wszystkie najładniejsze myśli świata. Być może jestem jedyną, która tego nie potrafi. Skoro bywają różne nostalgie, muszą być ich różne przyczyny.
Przez długi okres czasu uznawałam słowa za niezawodne. Pokrywałam wielkie nadzieje we wszystkich niewypowiedzianych zdaniach, a wokół mojej głowy krążyły całe stada niezachwianych wręcz pewności, że nawet jeśli ktoś czegoś nie powiedział, to przecież wkrótce ktoś inny to powie. Trochę się zawiodłam, bo ludzie z biegiem czasu stają się coraz mniej ekspresyjni. Może wstydzimy się trochę za bardzo. Ja wstydzę się trochę za bardzo.

Jestem nabrzmiała wszystkim tym, czego nie mogę wypowiedzieć.

Od kilku lat konsekwentnie pęcznieję, a większość moich emocji zalega pomiędzy organami jak nadmiar wody. Opatulona w warstwy wielorakich uczuć wyglądam jak puchata, napęczniała bańka. Staram się unikać ostrych krawędzi, ale wiem, że kiedyś jedna z nich w końcu mnie przebije. Strasznie się boję tego momentu, bo ostatnie miesiące podporządkowuję kolekcjonowaniu wszystkich wodnistych emocji. Martwię się, że kiedy pęknę, w środku mnie nie zostanie już nic.
Mam nieustanny pociąg do realizowania rzeczy pięknych, na które brak mi odwagi. Czasami próbuję zedrzeć z siebie chociaż jedną warstwę otaczających mnie przypadkowych zbieranin, ale zastygam w bezruchu uświadamiając sobie, że może po zwerbalizowaniu żadne zbieractwo nie jest piękne. Jest co najwyżej przypadkowe. Co się robi w przypadku przypadków. Przechodzi się nad nimi bez większego zastanowienia. A ja bym chciała, żeby to, co czuję, znaczyło cokolwiek.

Większość wieczorów spędzam siedząc na parapecie w moim pokoju. Całkiem podoba mi się nawiązywanie niemych relacji z sąsiadami z kamienic na przeciwko. Czasem zastanawia mnie, czy dogłębne studiowanie wnętrz sypialni, strychów i kuchni nie jest zbyt intymne. Nie rezygnuję. Możliwość zaglądania przez okna innych mieszkań trochę niweluje poczucie samotności.
Myślę trochę za dużo i czuję trochę za dużo. Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby choć w pewnym stopniu siebie zwerbalizować. Problem w tym, że żadnej z moich emocji nie da się opisać jednym słowem. Tworzę własne słowa, zazwyczaj mało udolnie. A jednak uparcie trwam przy opisywaniu towarzyszących mi momentów. Jakie to dziwne.

Uczucie V – kiedy na dworze pada gęsty śnieg, pierwszy taki tej zimy, a całe miasto jest przyjemnie wytłumione; otwieram okno i naciągam kaptur na mokrą głowę, żeby móc trochę pooddychać mroźnym, słodkawym i ciężkim powietrzem; z czwartego piętra obserwuję dwie walki śnieżne toczące się między ludźmi pozornie dorosłymi; cieszę się jak szlag, że ludzie są dorośli tylko pozornie; chciałabym, żeby śnieg padał częściej, skoro sprzyja tak licznym eskalacjom spontanicznie rodzących się młodości

Uczucie W – kiedy wracam do domu o wpół do trzeciej i nie czuję strachu; moje buty są podeptane i przemoknięte, a ja sama zastanawiam się, czy nie wypiłam za dużo alkoholu; potrzeba mi dużo czasu, żeby się uspokoić, dlatego zanim zasnę puszczam jedną z moich nocnych playlist i udaję, że jestem tu albo gdzieś indziej; myślę o wszystkich rzeczach, które chciałabym zrobić i tworzę w głowie niekończące się listy wspomnień buszujących w ładniejszej części pamięci; wiem, że wszystkie z nich do rana zostaną zapomniane, ale wcale mi to nie przeszkadza; lubię chociaż przez chwilę wyobrażać sobie, że robię więcej niż robię

Uczucie X – kiedy latem wstaję o piątej, żeby zawieźć koleżankę na lotnisko; zaopatruję się w ciepły szlafrok, koc i skórzane klapki, a potem zjeżdżam windą na dół i witam się z zaspanym portierem; wychodzenie na dwór w piżamie jest niezmiennie ekscytujące, trochę tak, jakbym łamała sztywny regulamin; wychodzenie na dwór w piżamie i obserwowanie wschodów słońca jest młode, a ja przecież kocham być młoda; darzę wschodzącą piżamową młodość miłością z rodzaju najbardziej namiętnych

Uczucie Y – kiedy pani w sklepie śmieje się pod nosem słysząc mój mało śmieszny żart; kiedy ktoś przytrzymuje mi otwarte drzwi; kiedy w kinie parskam śmiechem w najmniej odpowiednim momencie, a osoba siedząca obok zerka na mnie z konsternacją; kiedy wyrywam się z przeświadczenia, że jest niedobrze i chujowo, a widzę, że jest dobrze i w porządku

Uczucie Z – kiedy zastanawiam się, czy w wieku dziewiętnastu lat czuje się tyle samo, co w wieku lat osiemnastu


A potem wiem już, że z każdym dniem czuje się więcej i bardziej




środa, 16 listopada 2016

Pola

Jestem na studiach.
Na pierwszych zajęciach poproszono całą moją grupę o przedstawienie się i powiedzenie kilku słów o sobie. Jak ja się przestraszyłam. Bardzo.

Cześć, jestem Pola, dzisiaj rano prawie się spóźniłam na tramwaj, ale motorniczy zobaczył mój szalony bieg w butach na obcasach i łaskawie poczekał. Ja to w ogóle mam z tymi tramwajami, wiecie, same przygody. Ostatnio wracałam z biblioteki i nie zdążyłam złapać drążka podczas gwałtownego skrętu, przez co wylądowałam na kolanach jakiegoś chłopaka z gimnazjum. Spod mojego płaszcza zaczęło wyzierać lekkie poczucie zażenowania, ale kiedy zerknęłam na minę chłopaka, mimowolnie parsknęłam śmiechem. W gruncie rzeczy tak się wszystko u mnie toczy: śmieję się albo płaczę w nieodpowiednich momentach, a co tam u was.

Cechuje mnie zachowawczość. Większość życia polega chyba na kolekcjonowaniu historii, których można by potem użyć jako własnego kaftanu bezpieczeństwa. Jestem dość wyspecjalizowana w tego typu zabiegach i wiem, że większości ludziom zupełnie to wystarcza. To jest bardzo w porządku.
Gdybym miała mówić o sobie naprawdę, pewnie okazałoby się, że nie wiem jak. Taka umiejętność zdarza mi się tylko po alkoholu albo w momentach absolutnie szczęśliwych, kiedy dzwonię do wszystkich po kolei i mówię, jakie mam dobre życie.

Mam dobre życie.
Pewnie od tego powinnam była zacząć.
Jak chodzę do kina i dowiaduję się, że nie ma miejsc na seans, jak nagle niespodziewanie znajduję się w jakimś pubie i muszę zapłacić osiem złotych za piwo z sokiem, jak wracam z pracy z pęcherzami na stopach od stania, jak nie mogę spać i do trzeciej w nocy gapię się na kamienice na przeciwko, jak otwieram okno i wdycham zimne powietrze i czuję, jak moje płuca zamarzają, jak zapominam wziąć parasolkę i mój czerwony płaszcz jest cały mokry, jak stoję na przystanku i całą sobą powstrzymuję się od śpiewania piosenek – ta myśl pojawia się w głowie coraz częściej.
Nigdy wcześniej tak nie miałam i nie za bardzo wiem, co powinnam z tym zrobić.

Cześć, jestem Pola i mam dużo przygód w tramwaju, często nie mogę spać, ale to dobrze, bo obserwowanie świtów jest warte dwóch godzin snu.
Lubię mieć tyle lat, ile mam, bo mam prawo do snucia werterowskich przemyśleń, mam prawo być naiwna i mam prawo zachłystywać się tym, co jest absolutnie zwykłe i niewyjątkowe. I kocham mieć młodość, bo młodość daje mi możliwość mówienia tego co chcę, uważania, że wszystkie moje wywody są warte więcej niż w rzeczywistości.
Wiem, że popełniam w życiu wiele bezcelowości, ale może o to chodzi w byciu młodym, żeby wędrować bezcelowo i cały czas czegoś szukać. Nie mam pojęcia, czego szukam, ale nie ustaję. I podczas gdy wszyscy kreują sobie mój obraz jako jednej z bardziej pesymistycznych osób, to ja własnie bardzo często bywam szczęśliwa, ale bardzo boję się o tym mówić, bo nie wiem, czy bycie szczęśliwym jest w porządku, kiedy wokół mnie odbywa się adoracja nieszczęścia. Pisanie o nieszczęściu jest w gruncie rzeczy tym, czym zawodowo się zajmuję, tylko czasami mi ciężko, że nie potrafię pisać o rzeczach dobrych, bo za bardzo się wstydzę.
Ale na tym też polega młodość.
Że nie śpię, że nie jem, że od tańczenia bolą mnie stopy, że czynię dalekosiężne i nierealne plany, albo plany, na które brak mi odwagi, że chciałabym kiedyś spać na plaży albo dachu, że chciałabym móc przeżywać wszystkie emocje i dostawać od tego bólu głowy. Są momenty, kiedy zaczynam się bać i boję się strasznie, ze strachu nie mogę oddychać, bo do głowy przychodzi mi myśl, że nie zdążę zrobić i poczuć wszystkich rzeczy, na których mi zależy, ale w takich chwilach piszę do siebie listy, żeby nie zapomnieć i nie zmienić się tak bardzo.

Ciągle podważam. Głównie siebie.
Czasem wydaje mi się, że mam strasznie dużo do powiedzenia. Czasami mówię i mówię, tkwię w posiadaniu mowy i nadawaniu jej kształtu i cieszę się, że tak umiem, że mam tę zdolność, że potrafię formułować zdania w sposób ładny i dźwięczny. Czasami wydaje mi się, że mam strasznie dużo do dania.

Dużo wątpię. Że cokolwiek, co mówię, jest prawdziwe.
I to też jest młodość, bo opiera się na wątpliwościach.

Wątpliwości mają to do siebie, że czynią wiele zdarzeń ulotnymi, a przez to tak starannie pielęgnowanymi w obawie, że kiedyś zostaną zapomniane.